poniedziałek, 12 listopada 2007

dzien jak codzien

Właściwie to nie dzieje się nic, nie stało się nic, tak właściwie to nic się nie zmieniło. Jednak teraz powinno być nieco lepiej pomimo choroby, przeszłość zalałam dżinem z tonikiem.
Tydzień minął mi szybko, może za szybko, łapię się na tym, że nie dzielę już czasu na godziny, dni i chwile tylko na zajęcia, spotkania i zadania do wykonania.
Marznę znowu, znowu marznę, znowu mi zimno w stopy i dłonie, za oknem znowu straszna pogoda i znowu "Anita i Porter" w głośnikach ...

2 komentarze:

Mariusz pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Mariusz pisze...

I tak wlasnie ucieka nam zycie. W zasadzie nie czytam blogow - bylem na jednym (mojej kolezanki z roku - i to jest koszmarne, nie mozna byc szczerym). Twoj blog mnie milo zaskoczyl, piszesz... o niczym. Wlasnie, piszesz o normalnym zyciu. Tylko brak w nim radosci. To chyba to mial na mysli Ingarden, gdy powiedzial,ze czlowiek czeka na jakosci metafizyczne. Niewazne, dobre, czy zle. Wazne by je przezyc. Niewazne, czy to bedzie smierc, czy to beda narodziny dziecka - gdy przezywasz owe jakosci czujesz,ze zyjesz. Nie czujesz zas beznadziei zycia codziennego. Tylko trzeba sie zastanowic, czy do szczescia potrzebne sa nam jakies powalone jakosci metafizyczne (Ingardena mimo wszystko ubostwiam), moze wystarczy sie realizowac. Zazdroszcze Ci - masz czas, mozesz siegnac po fajne ksiazki (ja tylko po lektury, bo na nic innego nie mam czasu, a jak udowadnial wlasnie Ingarden sztuka zbliza do jakosci metafizycznych), mozesz sie pozastanawiac nad sensem zycia i tego typu pierdolami. Ale mozesz tez sie nudzic - wybor nalezy do Ciebie...
Pozdrawiam
Mariusz (ten, ktorego nie znasz, choc tez Go pozdrowilas, inni nie musza nznac naszych wspoolnych tajemnic :D )